Coś naprawdę wyjątkowego

Uczucia, jakie pojawiają się, gdy architekt po raz pierwszy staje w zupełnie pustej, gigantycznej przestrzeni, jaką znał dotąd tylko z planów, rysunków i wizualizacji, trudno porównać z czymkolwiek innym. Towarzyszyły mi one ponad trzy lata temu, gdy wraz z ekipą rozpoczęliśmy prace nad wystawą stałą Muzeum Historii Żydów Polskich. Minęły 4 miesiące od jej otwarcia, a emocje wcale nie maleją.

Nigdy nie zapomnę tej ekscytacji pomieszanej z chęcią tworzenia oraz mnóstwem obaw dotyczących tego, jak przenieść projekt w pewnym sensie wirtualny – bo istniejący dotąd tylko na papierze i ekranie komputera – do „realu”. Przed nami były 4 hektary podłóg i ściany o łącznej powierzchni boiska piłkarskiego, które musieliśmy zapełnić specjalnymi malowidłami, tapetami, scenografią, gablotami i multimediami. Mieć świadomość, że taka realizacja przypomina balansowanie na linie – to jedno. Drugie – wiedzieć, że pracuje się z ludźmi, dzięki którym to balansowanie jest łatwe, bo wspierają wiedzą i czuwają nad najdrobniejszym ruchem.



Do działania zmotywowały nas głosy sceptyków, którzy sądzili, że w polskich warunkach taki projekt jest niewykonalny. Wiedziałem, że możliwością są – nawet większe niż w innych krajach. Wyśrubowaliśmy standardy. Zastępy badaczy, historyków, socjologów i kuratorów pod okiem prof. Barbary Kirshenblatt-Gimblett, Dyrektor Programowej Wystawy, przez lata tworzył znakomite koncepcyjne i merytoryczne podwaliny pod ekspozycję. My wypracowaliśmy specjalnie dla wystawy rozwiązania formalne i technologie, które pozwoliły ubrać tysiąc lat burzliwej, pięknej i tragicznej historii Żydów żyjących w Polsce w odpowiednią formę.

Czuwaliśmy nad każdym najdrobniejszym szczegółem i elementem z tysięcy szczegółów i elementów, które ta ekspozycja zawiera. Wiedzieliśmy, że je wszystkie złożymy, jak wielkie puzzle czy klocki, które będą do siebie idealnie pasować. Nie było taryfy ulgowej – nawet, jeśli nie pasowały nam drobiazgi, których niewprawione oko nigdy by nie dostrzegło. Kiedy się balansuje na linie najdrobniejszy błąd może słono kosztować. Zdarzyło się, że produkowane na potrzeby wystawy meble nie były zrobione zgodnie z naszymi standardami – momentalnie trafiały do poprawki. Kilkakrotnie wymieniane ekrany wciąż nie są idealne, a pierwsza i druga próba montażu kończy się fiaskiem? Przy trzecim podejściu wykonawca zamiast w tydzień musi je bezbłędnie zainstalować w jeden dzień. I daje radę. Gdy terminy gonią, każde niedociągnięcie to zwyczajnie strata czasu więc cały zespół działa, jak w zegarku. Sam nie raz chwytałem narzędzia, żeby pomóc, pokazać jaki rodzaj wykończenia i teksturę materiału chcę osiągnąć.



Cztery miesiące temu pod czujnym okiem telewizyjnych kamer, reporterskich mikrofonów i obiektywów z całego świata, muzeum POLIN otworzyło swoją ekspozycję. Za każdym razem gdy odwiedzam muzeum, obserwuję reakcje zwiedzających. Wśród nich zawsze zauważam tych którzy są mocno poruszeni, wstrząśnięci. Nie tak dawno na wystawie spotkałem starszego mężczyznę, który z trudem powstrzymywał łzy, oglądając replikę warszawskiej Wielkiej Synagogi. Powiedział, że nigdy nie zapomni jej wnętrza, że wciąż słyszy odgłosy modlitw, choć był w niej zaledwie kilka razy jako bardzo młody chłopak. Innym razem słyszałem historie żydowskich rodzin rozdzielonych przez wojnę, których potomkowie spotkali się w Warszawie, zwiedzając wystawę. Takie sytuacje pozwoliły mi spojrzeć na ekspozycję z dystansu. I nie tylko w skali makro – jak na fascynujący zawodowy projekt o międzynarodowej skali, ale też w skali mikro – jak na coś co wpływa na życie ludzi. Co nie tylko na papierze, ale w rzeczywistości staje się odzwierciedleniem idei tego muzeum – muzeum życia.

Dziś wiem, jakie to uczucie, gdy taki skomplikowany projekt zyskuje ostateczny kształt, budzi zachwyt i niezwykłe emocje u tysięcy zwiedzających. Obawy ustępują. Zostaje już tylko ekscytacja. No i duma z tego, że stało się częścią czegoś naprawdę wyjątkowego.
Trwa ładowanie komentarzy...