O autorze
Rzeźbiarz, architekt, animator życia kuluralnego i społecznego na warszawskiej Pradze. W 1989 roku założył własną firmę designerską w Nowym Jorku, którą w 2002 roku przeniósł na Pragę, gdzie stworzył galerię wspierająca początkujących twórców. Jest architektem znanym głównie z projektów przestrzeni publicznych m.in. budynku Muzeum Współczesnego Wrocław, wystawy stałej w Muzeum Historii Żydów Polskich w Warszawie i w Muzeum Powstania Warszawskiego. Jego domeną są także wnętrza, w tym biura, obiekty rekreacyjne, poprzemysłowe i rezydencje prywatne. Studiował na wydziale architektury wnętrz i rzeźby w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie oraz Fashion Institute of Technology w Nowym Jorku, na kierunku Interior Design.

Nie straszcie warszawiaków wieżowcami

Wysokościowce to w Warszawie drażliwy temat. Ostatnio znów powrócił. Dominują głosy, że wieżowce nie pasują do stolicy, oszpecą ją i upodobnią do chińskim miast. To niepotrzebna panika. Wysokie nie znaczy przecież złe.

Od kilku tygodni trwa nagonka na miasto i deweloperów. Bo to pierwsze pozwala tym drugim budować wieżowce. Nie ważne gdzie, nie ważne jakie, wieżowce jawią się w publicznej debacie jako zło ostateczne. Krytykuje się to, że mają powstawać kosztem budynków historycznych, niszczą osie widokowe, kosztują dużo energii potrzebnej do ich wytworzenia. Wrzucanie do jednego worka wszystkich zagadnień nie jest mądre i nie służy Warszawie oraz jej architekturze.



Weźmy budynek Ilmet (ten z logo Mercedesa na szczycie) przy rondzie ONZ, albo położony niedaleko Hotel Mercure. Na ich miejscach powstaną drapacze chmur. Czy jest po czym płakać? Myślę, że nie. Biurowiec na rondzie ONZ, oddany do użytku w 1997 roku już od początku budził kontrowersje. Jego autor, chorwacki architekt Miljenko Dumeneić sam przyznawał, że nie jest do końca zadowolony ze swojego dzieła. Z kolei powstały cztery lata wcześniej Hotel Mercure też nie był cudem architektury. Te nieudane budynki mają być zastąpione przez wysokościowce. Nie mam nic przeciwko temu. Pytanie jak będą wyglądać.

I to pytanie na które powinno odpowiadać się za każdym razem, gdy miasto wydaje pozytywną decyzję o budowie drapacza chmur. Słyszymy głośne sprzeciwy wobec postawienia kolejnego wysokościowca na Placu Grzybowskim. Miałby zostać wybudowany w miejscu historycznego, ale nie będącego pod opieką konserwatora budynku gminy żydowskiej. Nie mówmy „nie” tylko dlatego, że ktoś chce wyburzyć stary, ale mało ciekawy gmach. Nie mówmy „nie” dla zasady. Najpierw spytajmy co miałoby stanąć na Placu Grzybowskim, jak będzie komponować się z otoczeniem, jak z planem zagospodarowania centrum Warszawy, a jak z osiami widokowymi. Jeśli uzyskamy pozytywne odpowiedzi – budujmy śmiało.

Ale nie w chaosie, który dziś panuje w planowaniu zabudowy miasta. I to zagadnienie, w którego wypadku zgodzę się z większością osób narzekających na sposób zagospodarowania stolicy. Warszawie brakuje dobrego, długofalowego planu, również dotyczącego wysokościowców. Nie bierze się pod uwagę potrzeb jakie mogą pojawić się w następnej dekadzie, nie wspominając o dalszej perspektywie. Wtedy pojawia się problem, że wieżowiec budowany kilkanaście lat wcześniej nie sprawdza się dzisiaj. Co więcej nie pasuje zupełnie wizualnie do tego, co powstaje.

Problemy nie usprawiedliwiają jednak pesymistycznego myślenia, że w Warszawie i tak Manhattanu nie zrobimy. Otóż możemy zrobić. Wiadomo, Warszawa to nie Nowy Jork, naszych wysokościowców nie będą projektowały zazwyczaj największe sławy. Ale i tak możemy zrobić coś wyjątkowego. Wystarczy, że inwestorzy wyłonią projekty w konkursach. Wtedy warszawskie drapacze chmur będą miały szanse olśnić.

W ciągu ostatnich dwudziestu lat Warszawa pokazała w jakim kierunku podąża. To duży, dynamiczny twór, który zamiast porównywać się do stolic sąsiadów z Europy Środkowo-Wschodniej, równa do europejskich metropolii. Nie mam wątpliwości, że wieżowce pasują do współczesnego ducha tego miasta. Należy tylko pamiętać, że nie wszystkie i nie wszędzie.
Trwa ładowanie komentarzy...