Polska rzeźba straszy

Zawód architekta wymaga ode mnie licznych podróży po Polsce i często są to podróże mrożące krew w żyłach. Polska rzeźba w miejskiej przestrzeni straszy od morza aż do Tatr: liczne pomniki „papieży”, Fortepian Rubinsteina w Łodzi, Pomnik Ofiar Zbrodni Katyńskiej we Wrocławiu. Przykładów jest bez liku i wydaje się, że nic nie jest w stanie powstrzymać ich następców.


Jaki jest przepis na polski pomnik? Po pierwsze: powinien być brzydki i banalny. Po drugie: historię należy traktować dosłownie, bez jakiejkolwiek interpretacji czy świeżego spojrzenia na sprawę. Po trzecie, należy sięgnąć po wielkie symbole. I tylko te naprawdę wielkie. Nie sztuka, a kalka – oto jedyny słuszny kierunek.





Rzeźby Maksymiliana Biskupskiego są w tej kategorii kanoniczne. Spójrzmy na Pomnik Ucieczki z Getta. Co zobaczymy? Wspinające się po tubie odlewy dłoni, a w środku złotą gwiazdę Dawida. To nie żart. Czy może być coś bardziej oczywistego? Takie pomniki nie wchodzą w żaden sposób w dialog z miastem, wstawia się je na ulice jak porzucone zwierzęta. Pogłębiają architektoniczny chaos naszych miast i śmiecą. Jako architekta i jednocześnie rzeźbiarza, starającego się czasem łączyć te dwie dziedziny, takie zjawiska rażą mnie szczególnie.

Brakuje nam rzeźby oddziałującej na zmysły i poruszającej emocje. Wciąż dominują u nas dwa nurty. Po pierwsze, najbardziej lubimy rzeźby figuratywne, czyli ma być tak jak było na obrazku. Ten trend swoje ukoronowanie znalazł w powstaniu Jezusa ze Świebodzina. Po drugie rzeźby abstrakcyjne, które powstają w Polsce, często są projektowane przez przez byle jakich plastyków. Nie sztuka zrobić odlew, ale ciekawie zinterpretować temat, nawet jeżeli ma to być po prostu popiersie. I nie chodzi o to, że nie mamy artystów, których rzeźba jest ciekawa. Mamy cenionego na świecie Mirosława Bałkę, który w sposób wyjątkowy mówi o naszej historii, Zagładzie. Szkoda, że nie dojrzeliśmy jeszcze do tego, żeby tacy twórcy jak Bałka mogli mówić głośniej, a ich prace zaczęły pojawiać się w przestrzeni publicznej.

Innym naszym problemem jest dobór miejsc na pomniki czy posągi. Traktujemy je jak niechciane prezenty od historii: stawiamy je w kątach. Bardzo ciekawe stalowe postaci Magdaleny Abakanowicz („Rozdroże 2010”) stoją na uboczu przy warszawskiej Wisłostradzie. Są niemal niedostrzegalne. A przecież rzeźba to nie tylko zadanie dla artysty, ale także dla urbanisty.

Czasem zdarzają się ciekawe polskie koncepcje poruszające aktualne tematy. Dobrym przykładem jest Park Rzeźby na Bródnie, między innymi z „Sylwią” Pawła Althamera. W warszawskiej przestrzeni szczególnie lubię palmę Joanny Rajkowskiej, która wprowadza pozytywną energię do stolicy. Kolorowa „Tęcza” nominowanej do Paszportów Polityki Julity Wójcik pozytywnie zaskakuje, choć nie wszyscy myślą podobnie chcąc zrobić z pracy narzędzie ideologicznej walki. Warszawski Pomnik de Gaulle'a, choć figuratywny, przełamuje konwencje przedstawiając generała w ruchu. Za mało jest u nas właśnie takiej rzeźby – wchodzącej w interakcję z przechodniami.

Coś się więc zmienia, ale bardzo powoli. Oprócz kilku realizacji dobrych i ciekawych, większość to upamiętniające i irytujące gnioty, których najlepszą chwilą jest przecięcie wstęgi. Czy to naprawdę najlepszy sposób na budowanie narodowej tożsamości i tworzenie przestrzeni, w której dobrze by się żyło? Nie sądzę.
Trwa ładowanie komentarzy...